niedziela, 4 stycznia 2026

Świadomość kolektywna


Załóżmy na chwilę, że wszyscy jesteśmy jedną zbiorową świadomością. Wiem, że dla naszego sposobu postrzegania jest to zupełna abstrakcja – dla ego to oznaczałoby wręcz śmierć, nieistnienie – najstraszniejszą rzecz jaka mogłaby je spotkać. Ale spójrzmy na to inaczej – co jeśli przy takim postrzeganiu czegoś nam przybędzie a nie ubędzie? Co jeśli nie oznacza to utraty a rozszerzenie tego, co identyfikujemy jako „moje”? Co jeśli nagle  okazuje się, że to nie koniec, a objęcie świadomością znacznie większych obszarów. Takie postrzeganie oczywiście może istnieć równolegle ze starym postrzeganiem siebie jako odrębnej świadomości – jesteśmy w stanie odbierać świat na tych dwóch poziomach równocześnie – świadomość kolektywu nie wyklucza świadomości indywidualnej. Po prostu możemy zmienić pasmo odbioru, albo kierunek z którego nasłuchujemy i zmienia się postrzeganie. Choć po dotknięciu świadomości zbiorowej, świadomość indywidualna nie będzie już taka sama – zresztą jak po każdym innym doświadczeniu.

Jakie idą za tym implikacje? Nagle czujesz, że całe to życie na Ziemi jest Twoim planem i udziałem (ograniczmy się na początek tylko do niej, bo taka percepcja i tak mocno wykracza poza to, co zawsze widzieliśmy). Wszystko co się tu wydarza jest cennym doświadczeniem, zbieranym dla tego kolektywu. Wtedy nagle okazuje się, że nikt z zewnątrz Ci nie zagraża, nie może nic zrobić, bo na zewnątrz to też jesteś Ty. Pomińmy tu całkiem ekstremalne sytuacje z fizycznym zagrożeniem, mówię o zagrażającym szefie, konkurencji, nie dającemu się wyprzedzić kierowcy, czy innych codziennych zagrożeniach. Popycha to ego często do rywalizacji, wzbudza lęki, czy na inne sposoby utrudnia codzienne funkcjonowanie we wrogim świecie. Okazuje się, że osobom generującym w Twojej ocenie „nieprzyjemne” doświadczenie możesz być wdzięczny, że wzięły na siebie tą trudną rolę. Trudną, bo daleką od naszej prawdziwej natury. Doświadczenie Twoje jako kolektywu przez to staje się pełniejsze, bogatsze, bardziej wszechstronne, a Ty nie bierzesz go na siebie osobiście, a mimo to jest to doświadczenie dla Ciebie osiągalne na poziomie całości – choć bywasz też jego odbiorcą.

A jak to zmienia podejście do siebie? Do przeżytych traum czy trudnych relacji? Nagle trudne wspomnienie zamienia się również we wdzięczność za kolejne przeżyte doświadczenie – zarówno krzywdziciela jak i ofiary. Patrzysz też na swoją przeszłość i przestajesz się oceniać – nie ma tu nic co mogłeś zrobić źle – to tylko kolejne doświadczenie, które po prostu było. Co więcej dokłada się do kolektywu w taki sposób, że inny aspekt Ciebie (w Twoim pojęciu inny człowiek) może nie będzie musiał przez to przechodzić, bo spektrum tego doświadczenia zostało wyczerpane przez „innych”. Nagle wydarza się pełna akceptacja siebie i swojej historii. Tracisz emocjonalny, osobisty stosunek do samego siebie. Przestajesz się oceniać, zaczynasz widzieć wszystko, również całą swoją historię, z akceptacją, zrozumieniem, wdzięcznością i miłością. Podobnie jeśli patrzysz na osobę daleką od przebudzenia, uwikłaną w roli wiecznej ofiary, narcyza, czy innej roli wynikającej z braku wewnętrznych wglądów – zamiast czuć na nią złość, chęć naprawienia – czujesz współczucie, ale i wdzięczność, że wzięła to ciężkie zadanie na siebie i wzbogaca o nie całość istnienia. Doświadczenia swoje jak i innych zaczynasz traktować na równi. Twoje przestaje być „twojsze”. Znika potrzeba rywalizacji, rodzi się wdzięczność i chęć pomocy. Rozumiesz też, że jeden aspekt całości nie może mieć udziału we wszystkim jako „ja” – jednak ma udział we wszystkim z poziomu kolektywu. Zatem nie ma potrzeby by wszyscy doświadczali tak samo – rodzi się wewnętrzna zgoda na to co jest. W takim świecie znika możliwość rywalizacji czy konkurencji, znika zazdrość o czyjeś osiągnięcia. To, że np. ktoś na ścieżce rozwoju ma wizje, jasnowidzenie, jasnosłyszenie, OBEE, czy inne paranormalne przeżycia – a ty nie – nie czyni twojego rozwoju gorszym – po prostu idziesz inną drogą. Nie potrzeba spektakularnych efektów „paranormalnych” aby ugruntować swoją „ścieżkę rozwoju” – czasem te efekty nie muszą świadczyć o rozwoju, a jedynie o rozszerzonej percepcji. Ale nawet wtedy, to też jest potrzebne doświadczenie. To, że u Ciebie jest spokojnie znaczy tylko to, że idziesz inną drogą. Inną nie znaczy gorszą, ani lepszą – czasem trudniejszą, ale w pewnych aspektach również łatwiejszą – czeka na Ciebie więcej zwątpienia, ale mniej pułapek. Każdy rodzaj doświadczenia jest równie cenny, budzi się ciekawość jak to jest u innych, bez deprecjacji własnych doświadczeń.

Zapewne dla wielu z Was to tylko teoria i dopóki koncepcja ta jest rozważana jedynie intelektualnie, teorią pozostanie. Ale kiedy poczujecie nawet na moment, że jesteście jednym ze wszystkimi, czego naprawdę Wam życzę, nagle stanie się magia. Magia wdzięczności, magia miłości. Świat pomimo, że z zewnątrz nic się nie zmieniło, stanie się inny. 

Iza Kalinowska



niedziela, 27 października 2024

Chcesz zmiany w świecie? Bądź tą zmianą



Myślę, że zjawisko o którym piszę ma rożne nazwy, zależnie od tego jakim systemem się posługujemy. Być może można to nazwać nadduszą, egregorem, może można powiedzieć, że wszystko jest połączone, pewnie różne systemy religijne mają również na to swoje określenia. Do mnie już dawno przyległ termin pola morficzne, wprowadzony przez brytyjskiego biologa Ruperta Sheldrake’a. Dlatego tym terminem będę się dalej posługiwać, by nie uszczknąć nic znaczeniu innych terminów, które być może mają szersze znaczenie niż to, o czym chcę dziś napisać.

W dużym skrócie Rupert odnosił się do obserwacji stada szpaków, czy ławicy ryb – wielu osobników, które w pewnych sytuacjach zachowują się jak jeden połączony organizm – synchronicznie wykonując zwroty w tym samym momencie, tworząc piękne widowisko dające wrażenie, jakby były jednym eterycznym organizmem. Zwrócił on uwagę, że taki stopień synchronizacji nie może się opierać na działaniu zmysłów, musi istnieć coś jeszcze, co pozwala im dokonywać tak precyzyjnych i płynnych operacji synchronicznie, jakby były jednością.

Idąc dalej tym tropem, zwrócił uwagę na szczury w laboratoriach. Zaobserwowano niewytłumaczalne naukowo zjawisko – jeśli w jednym z laboratoriów przedstawiono szczurowi nowy układ labiryntu do przejścia, każdy kolejny szczur pokonywał taki labirynt szybciej niż poprzedni – tak jakby już rozpoznawał drogę. Można pomyśleć o śladach zapachowych, ale co ciekawsze miało to miejsce nawet wtedy, gdy w dowolnym innym miejscu na świecie prezentowano innemu zwierzęciu labirynt o takim samym układzie. Nie jest to wytłumaczalne naukowo inaczej jak zbieg okoliczności, choć statystyka jasno pokazuje, że nie jest to zależność przypadkowa.

Z własnych obserwacji zauważyłam też dość dawno jak działa nowy trend, czy moda. Nie jestem obserwatorem social mediów, wszędzie gdzie mogę mam zablokowane reklamy, nie mam również telewizora. Niemniej jednak często zdarza mi się zauważyć, że jakaś rzecz, ubiór, wystrój wnętrz mi się podoba i mnie przyciąga, a po jakimś czasie ze zdumieniem odkrywam, że właśnie staje się on nowym trendem. Tak jakby informacja, że coś jest atrakcyjne była zapisana gdzieś w sposób eteryczny, a ja ją podświadomie odebrałam.

I o tym mówi teoria pól morficznych – zakłada że wszystko co zaistnieje w przestrzeni jest informacją, która się odkłada i staje się łatwiej dostępna dla innych. Rupert nawet żartował z synem, że pisząc maturę powinien zacząć od ostatniego pytania a potem dopiero z opóźnieniem wrócić do pierwszego i kolejnych, aby ułatwić sobie ich rozwiązanie sięgając po informację do pola morficznego tworzonego przez pozostałych piszących.

Pomyślmy jakie są implikacje takiego zjawiska. Może być ono wykorzystane w sposób zarówno negatywny jak i pozytywny. Przykładem dla mnie było rozpoczęcie pandemii – jak wspomniałam nie mam telewizora czy radia, więc byłam całkowicie nieświadoma skali zjawiska jaką malują media, ale w powietrzu wyczuwało się przemożny strach. Chwilę zajęło mi zorientowanie się z czym on się wiąże i że pomimo że mnie wciągnął jako lęk o nieznanej wtedy dla mnie przyczynie, nie jest on mój. Ale to samo zjawisko działa również w swojej wersji pozytywnej.  Pamiętam podniosły nastrój dnia młodzieży, przed laty, kiedy panująca wśród pielgrzymów miłość i euforia porywała uczestników swoją energią, ciężko jej było nie odczuwać w tłumie, nawet nie podzielając ich poglądów religijnych. To nie religia dawała ten napęd ale właśnie stan umysłu pielgrzymów i ich wewnętrzny stan w tym momencie ukierunkowany na miłość.

Pomyślmy jak pokierować swoim życiem wiedząc o tym zjawisku. Spójrzmy co robią media – czy jest choć jedna telewizja, która przynosi tylko dobre wiadomości? Ludzie którzy bezkrytycznie karmią się wiadomościami, nawet nie zdają sobie sprawy jak bardzo karmią się strachem i jak wiele strachu wpuszczają do wspólnej przestrzeni samym kierowaniem swojej uwagi na takie informacje, nie mówiąc już o budowaniu wiary, że świat nieuchronnie zbliża się ku upadkowi. Może nie wszyscy to zaakceptują, ale ja całe życie przekonuję się jak potężna jest siła naszych myśli. Oprócz tego, że wpływa mocno na nas samych, to generuje energię, która potrafi albo komuś zaszkodzić, albo przeciwnie pokierować sprawy na dobre tory.  Pamiętam relację jednej z osób po śmierci klinicznej, wspominała ona o pewnej pielęgniarce, z którą pracowała – nie lubiła jej, uważała ją za osobę nieczułą i nieprzyjemną. Nie kierowała w jej stronę żadnych uwag, a jedynie niepozytywne, oceniające myśli. W trakcie przeglądu życia zobaczyła historię tej kobiety i zrozumiała, że po tym co ona przeszła to że teraz jest pielęgniarką i pomaga innym jest bardzo dużym osiągnięciem. Spojrzała na nią zupełnie inaczej, wręcz z podziwem, że podniosła się tak dobrze ze swojej historii, ale zwróciła również uwagę, że jej niepozytywne myśli, były dodatkowym czynnikiem, który tej kobiecie to zadanie utrudniały i dodatkowo ciążyły – pomimo, że nigdy ich nie wyrażała głośno. Biorąc pod uwagę, że same myśli mają moc wsparcia jak i niszczenia zwróćmy uwagę na higienę myśli i co umieszczamy w polu – czy jest to zgodne z tym jaki chcemy mieć świat?

Skąd tytuł wpisu? To nawiązanie do słów Mahatmy Gandhi: "Bądź zmianą, którą chcesz zobaczyć na świecie." Chcemy pokoju a nie wojny – a jaką energię wprowadzamy w pole wysyłając gniewne myśli w stronę tych, którzy te wojny rozpętują. Paradoksalnie, pomimo słusznego oburzenia, generujemy więcej energii wojny niż pokoju. Wiem że wydaje się to absurdalne – mam nie patrzeć i nie budzić w sobie gniewu na to co wyczyniają w świecie tylko koncentrować się na pięknie i miłości? Czy to nie jest hipokryzja?

Nie mówię o przyklaskiwaniu temu co się dzieje albo odwracaniu wzroku – wszystko musi być w zgodzie ze swoim wnętrzem, ale to co się dzieje – dzieje się niezależnie czy dodatkowo skierujemy na to swoją złość, czy może połączymy się w modlitwach za ofiary ze współczuciem i miłością. Smutne jest co wyprawia człowiek, na co sobie pozwala i jak daleko odszedł od swojej natury, ale zasilanie tego swoimi negatywnymi emocjami nie pomaga a tylko karmi demony wojny. Pielęgnując w sobie miłość, pokój, empatię i pomocność na co dzień może zaszczepimy to w naszym otoczeniu, a o ile jeden człowiek może działać w skali lokalnej, to cała społeczność ma już większy impakt i może stopniowo obudzą się kolejne społeczności i kolejne aż do momentu kiedy w polu taka energia zacznie przeważać i pociągnie za sobą cały świat. Może to tylko marzenie, ale nie ma rzeczy niemożliwych. Człowiek czasem jest tak zmanipulowany, że wydaje mu się, że jego obowiązkiem jest zabijanie innych w obronie kraju, religii, czy innej wartości – a przecież gdyby się wszyscy obudzili i powiedzieli – nie biorę w tym udziału, nie byłoby wojen. Bo kto by wtedy walczył?

 Wracając do tematu – jest to jeden z wielu powodów by dbać o swój wewnętrzny stan – nie dość, że nie budząc w sobie negatywnych emocji do innych sami mamy dużo lepsze samopoczucie, to tak naprawdę realnie powodujemy, że świat stanie się lepszym miejscem, nie umieszczając w polu większej liczby złych emocji. Zbadajmy wszystkie programy jakie siedzą w naszych umysłach i sterują nieświadomie naszym postepowaniem, bo to pierwszy krok do wolności i fascynująca podróż w głąb siebie. Cały świat jest lustrem, które pokazuje nam co mamy jeszcze w sobie do przepracowania. Zamiast wkurzać się na sąsiadkę, czemu jest taka bezczelna poszukajmy jaka jej cecha budzi w nas takie emocje i czy przypadkiem nie zabraniamy sobie tego, co ona robi a może byśmy chcieli? Bo nauczono nas, że tak nie wypada, że dziewczynki tak się nie zachowują, albo wpojono inny program. Zamiast złości wyślijmy jej wdzięczność za pokazanie nam co mamy jeszcze do przepracowania i korzystajmy ze wskazówek wszechświata. A znajdziemy je na każdym kroku i tylko od nas zależy w jaką stronę pójdziemy na nie trafiając – to jest nasz wybór i nasza odpowiedzialność.


Iza Kalinowska


niedziela, 31 marca 2024

Granice akceptacji, czy akceptacja granic

 


W środowisku ludzi świadomych, przebudzonych bardziej lub mniej, bardzo często podkreślana jest potrzeba akceptacji tego co się dzieje. Akceptuj, nie kłóć się z tym – co to naprawdę znaczy? O co chodzi? Czy mamy akceptować wszystko co się dzieje wokół i się nie buntować? Czy przypadkiem nie oznacza to godzenia się na różne wydarzenia z zewnątrz z którymi godzić się nie chcemy? To najczęściej wyrażane wątpliwości, często podszyte tonem oburzenia, bo przecież nie możemy iść jak owce na rzeź z klapkami na oczach. O co tak naprawdę w tej akceptacji chodzi? Czy akceptacja to zgadzanie się nawet na najbardziej niegodne traktowanie? Wiele pytań rodzi się w tej kwestii i wiele emocji.
Zacznijmy więc od początku – powiedzmy, że znaleźliśmy się w sytuacji która jest całkowicie nie po naszej myśli. Pociąg którym mieliśmy dojechać na spotkanie, na którym bardzo nam zależy, spóźnił się godzinę. Co możemy zrobić? Możemy ten fakt zaakceptować i poszukać innego rozwiązania lub pogodzić się z tym, że innego rozwiązania nie ma, bez budowania uciążliwych emocji. Albo możemy stawiać tej sytuacji opór – nie mieć na nią wewnętrznej zgody. Czym się te dwie reakcje różnią? Czy jeden lub drugi sposób reakcji zmienia cokolwiek w sytuacji? Myślę, że zmienia jedynie poziom napięcia i frustracji – niezależnie jak bardzo nie godzimy się ze spóźnieniem lub nawet możliwością nie dotarcia do celu nie wpływa to na rzeczywistość. Nie wpływa to na rozkład jazdy pociągów a dodatkowo emocje zaburzają jasny sposób myślenia, dzięki czemu inne dostępne rozwiązania mogą zostać przez nas przeoczone. Dodatkowo w drugim przypadku na pewno nasze samopoczucie będzie gorsze. Wygląda na to że jednak pierwszy sposób reakcji – akceptacja – jest pod każdym względem korzystniejsza – dlaczego zatem tak często reagujemy buntem? Ego wierzy, że w oporze leży twoja siła, podczas gdy w rzeczywistości opór odcina cię od wnętrza, jedynego miejsca prawdziwej mocy. Opór to słabość i strach udający siłę.
To prosty przykład, ale przejdźmy do przykładu bardziej złożonego emocjonalnie – widzimy jak ktoś krzywdzi inną osobę. Powiedzmy, że jest to sytuacja w której jesteśmy w stanie przyjść z pomocą bez ryzykowania własnego życia. Znowu mamy do wyboru reakcję emocjonalną, zareagowanie w złości, co w sposób naturalny może eskalować agresję. Możemy jednak i tą sytuację zaakceptować. Czy to znaczy, że w takiej sytuacji nie mamy nieść pomocy? Oczywiście że nie, jak najbardziej akceptując sytuacje jesteśmy nawet efektywniejsi w działaniu – możemy pomóc bez niepotrzebnej eskalacji agresji. Brak oporu nie musi oznaczać nic nierobienia. Oznacza to jedynie, że każde „działanie” staje się niereaktywne. Jeśli wymagane będzie działanie, nie będziesz już reagował poprzez swój uwarunkowany umysł, ale będziesz reagował na sytuację poprzez swoją świadomą obecność. W tym stanie twój umysł jest wolny od koncepcji, łącznie z koncepcją niestosowania przemocy.
Jak mawia Eckhart Tolle: Cóż może być bardziej daremnego i szalonego niż tworzenie wewnętrznego oporu wobec czegoś, co już istnieje?
Możemy mieć jeszcze inną sytuację – taką, w której to nasze granice są przekraczane, albo co gorsze, sami swoje granice przekraczamy. Okazuje się, że w szczególności kiedy robi to osoba bliska, nasza granica tolerancji jest często za daleko posunięta. W imię akceptacji norm społecznych, narzuconej nam roli, pozwalamy na przekraczanie naszych granic. To nie muszą być znaczące sytuacje – często są one akceptowalne w naszym środowisku, nie wzbudzają czujności, jednak naruszają nasze granice. Często to my stosujemy „przemoc” wobec siebie samych – aby kogoś zadowolić, zasłużyć, nie wyjść z roli lub po prostu być miłym. Tą część kieruję głównie do kobiet, choć oczywiście zdarzają się sytuacje przeciwne – w środowisku patriarchalnym w jakim żyjemy nawet trudniejsze do zauważenia i zaakceptowania przez mężczyzn. Narzucone role społeczne często są ustawione wbrew wewnętrznym granicom – od kobiety oczekuje się pewnej uległości, czy roli służebnej. W takiej sytuacji same przekraczamy nasze własne granice, nie zdając sobie z tego sprawy, często również w imię źle pojętej akceptacji rzeczywistości, choć najczęściej dlatego, że wydaje nam się to normą, naszą rolą. Zawsze kiedy o tym myślę przypomina mi się zdanie Anity Moorjani. „W życiu ważniejsze od bycia miłym i dobrym, jest bycie sobą.” Przed swoją śmiercią kliniczną żyła często wchodząc w rolę zadowalania innych – nazywała to byciem „wycieraczką”. Nawet nie zdawała sobie z tego sprawy, ale wychowanie w kulturze hinduskiej na pewno odegrało w tym dużą rolę – pełniła jedynie narzuconą sobie funkcję społeczną, jak wiele innych kobiet. Zobaczyła to z innej perspektywy, po drugiej stronie, wraz ze wszystkimi konsekwencjami, które to wniosło w jej życie, łącznie ze zdrowotnymi – po transformującym zdarzeniu, które miała w trakcie śpiączki powtarza, że najważniejsze to odważnie być sobą.
To co zrobiło nam wychowanie w modelu patriarchalnym opisuje mit o Lilith. Ta metafora bardzo mnie uderzyła, dlatego chętnie się nią podzielę – jest dobrze znana socjologom. W dużym skrócie – Bóg stworzył na początku Adama i Lilith – stworzył ich z tej samej materii, byli sobie równorzędni jako że stworzeni z tej samej gliny. Jednak kiedy próbowano narzucić Lilith rolę służebną w stosunku do Adama, zbuntowała się i powiedziała nie – nie widziała powodu by służyć mężczyźnie skoro są równorzędni, stworzeni z tej samej gliny. Adamowi się to nie podobało i zwrócił się do Boga o rozwiązanie tego problemu – znaleźli rozwiązanie – wygonili Lilith z raju a z żebra Adama stworzył Bóg Ewę. I tu już wszystko się zgadzało, Ewa była z jego żebra,  więc z materii podrzędnej – bez problemu weszła w rolę podrzędną, służebną wobec mężczyzny. Ale Lilith wściekła dalej wali w drzwi raju i domaga się odzyskania swego miejsca, które jej się należy jako równorzędnej z Adamem.
I często to właśnie robimy sobie – oddajemy sami swoją wewnętrzną moc przyjmując jedynie rolę  Ewy – podrzędnej istoty, nie równej z natury mężczyźnie. To się dzieje w procesie wychowania, gdzie dziewczynki są uczone, że to ich rolą jest dbanie o dom, pranie gotowanie a mężczyzna ma wyższe cele. Albo kiedy uczeni jesteśmy, że dziewczynka powinna być miła i grzeczna, bo nie wypada, bo nikt jej nie zechce, bo ma wartość tylko kiedy spełnia oczekiwania innych. Tę moc odbierają nam też kobiety, które nas wychowują i robią to często w najlepszej wierze, dla naszego dobra. Jakie jest wyjście? Wpuścić Lilith do systemu! Często mamy pewien dysonans pomiędzy tym co robimy a tym co byśmy zrobić chciały. Same wobec siebie wypieramy jakąś naszą część. Lilith to moc, własna wartość, siła. Nie jest prawdą, że kiedy wpuścimy Lilith do systemu, dopuścimy ją do głosu, zamienimy się nagle w potwora – bo przecież wściekła wali do bram. Wręcz przeciwnie – świadomość własnej siły da nam równowagę i spokój,  a wszystkie miękkie umiejętności Ewy będą mogły z tego spokoju wyrastać. Nie oznacza to przepoczwarzenia w wojującą feministkę. Świadomość swojej mocy i bycia równym uwalnia pokłady spokoju, bo wiesz że masz moc pilnowania swoich granic i nie będziesz ich forsować sama. Tu mi się nasuwa obraz ratlerka ujadającego na wszystkie strony w konfrontacji z potężnym dogiem, który spokojnie te obszczekiwania znosi – on zna swoją moc dlatego nie musi pacyfikować ratlerka, który swojej mocy nie zna i musi głośno krzyczeć, że ją ma. Kiedy Lilith jest poza systemem, czasem wybuchamy i próbujemy krzyczeć jak ten ratlerek, próbujemy wywalczyć, coś co nam się należy a co sobie sami odebraliśmy, kompensując związany z tym dyskomfort. Choć częściej udajemy, że nie słyszymy Lilith u bramy i pozostajemy tylko z niesmakiem, zdarza się, że jesteśmy tak mocno w swojej roli, że nawet tego nie zauważamy. Ale dlaczego pozbawiamy się czegoś, co nam się należy i co sami sobie odbieramy?
W sytuacji, gdy ktoś przekracza nasze granice oczywiście też jest miejsce na akceptację – ale nie na akceptację przekraczania naszych granic. Akceptując, że sytuacja jest jaka jest nie reagujemy emocjonalnie, nie wchodzimy w konflikt którego często chce ciało bolesne naszego „oprawcy”, ale spokojnie, stanowczo, bez lęku bronimy swoich granic. Bez konfliktu, ale jednak skutecznie stawiany granice w sposób, jaki w danej sytuacji jest pożądany.

Iza Kalinowska


niedziela, 28 stycznia 2024

Wędrówka z cieniem


„Po ulic mokrym, ciemnym tle,

Pod prószącymi latarniami,

Ja wlokę cień, cień wlecze mnie,

Kałuże lśnią nam pod nogami”

- Jacek Kaczmarski – Wędrówka z cieniem -

Od jakiegoś czasu zajmuję się tematem własnego cienia, ale dopiero teraz zebrałam się by się swoimi przemyśleniami w tym temacie podzielić. Od razu w głowie pojawiły mi się słowa piosenki Jacka Kaczmarskiego, więc te cztery wersy potraktuje jako cytat przewodni, choć piosenka nie odnosi się stricte do tematyki cienia, ale zawarta w niej metafora dobrze ilustruje wpływ cienia na nasze życie. Jest to temat stary jak ludzkość, choć do współczesnej psychologii wprowadził go jeśli dobrze się orientuję Carl Gustaw Jung. On wprowadził termin cień, który moim zdaniem jest dość adekwatny i rozpoznawalny, więc będą się nim posługiwać. Czym ten cień jest? Cień jest wszystkim co zepchnęliśmy do podświadomości. Jest niechcianą i nieakceptowaną przez nas częścią naszej osobowości – tak bardzo niechcianą, że wydaje nam się że jej w ogóle nie ma. Pojawia się pytanie, dlaczego odrzuciliśmy części nas samych i schowaliśmy głęboko w cieniu? Przyczyny mogą być różne, ale zazwyczaj sprowadza się to do tego że uwierzyliśmy w pewne prawdy o sobie które do końca prawdziwe nie są. Niestety nie żyjemy w świecie idealnym i jesteśmy otoczeni przez ludzi który również wędrują ze swoim cieniem. Ci ludzie od początku naszego życia przekazują nam te „prawdy” o nas samych, często rzutując własne cienie na nas. Od dziecka słyszymy prawdy takie jak: „chłopaki nie płaczą”, „taka ładna dziewczynka a tak brzydko się złości”, „dzieci i ryby głosu nie mają” i wiele innych. Przychodząc tu uczymy się co to znaczy być człowiekiem i wszystko co do nas mówią dorośli, którzy wiedzą, przyjmujemy jako prawdę o sobie i tak zaczynamy budować swój cień. Uczymy się, że złość, płacz, czasem pewność siebie czy inne cechy są niepożądane. Ponieważ każdemu dziecku zależy by spełnić oczekiwania rodziców, bo przecież odrzucenie przez nich to niechybna śmierć, wszystkim tym niepożądanym cechom i emocjom stopniowo zaprzeczamy. Potem wychodzimy dalej do społeczeństwa gdzie następuje dalsze kształtowanie – w systemie edukacji, przez grupę rówieśników, przez którą też nie chcemy być odrzuceni, przez normy społeczne, ale również przez spotykające nas wydarzenia i traumy. Pewne bardzo bolesne zdarzenia również spychamy w cień bo nie jesteśmy w stanie ich zintegrować, jako mechanizm obronny wypieramy czasem całe okresy naszego życia. I tak budujemy swój cień praktycznie przez całe życie.

Pytanie jak taki cień na nas wpływa? Zepchnięte do podświadomości emocje i cechy niestety nie znikają – one nadal tam są, choć nam wydaje się, że ich się pozbyliśmy. Są i działają ze zdwojoną siłą. Odpowiadają automatycznie, kiedy tylko pokaże się sytuacja przypominająca o ich istnieniu i mając np. złość w cieniu wybuchamy nagle z siłą zaskakującą nawet nas samych. Albo błahe wydarzenie  powoduje u nas zupełnie nieadekwatną reakcję. Po opadnięciu emocji jest nam wstyd za nasze zachowanie, nad którym tak naprawdę nie mieliśmy świadomie kontroli – kontrolę przejął nasz cień. Wszystkie nieuświadomione aspekty naszej osobowości sterują nami jak automatami. Nie mamy wolnej woli, albo mamy ją przynajmniej ograniczoną, bo wolna wola wymaga świadomości, a nie nieświadomych reakcji. Ale cień nadal walczy by nie dopuścić do świadomości tych zagrzebanych głęboko aspektów – wykorzystując mechanizmy psychologiczne na swoją obronę. Najczęściej swój cień projektujemy na innych. My nie widzimy świata takiego jakim jest – widzimy świat taki jakimi my jesteśmy. Mając na przykład w cieniu swoją złośliwość, widzimy że wszyscy wkoło są wobec nas złośliwi. Po części tak jest, że trafiamy na takich ludzi, a po części widzimy złośliwość w niewinnych wypowiedziach, wypowiedzianych z zupełnie inną intencją. Ale widząc świat przez krzywe zwierciadło naszego cienia przypisujemy innym nasze wyparte cechy. Przyciągamy też nieświadomie ludzi posiadających te cechy, które wyparliśmy, bo taką energią emanujemy, a podobne energie lubią się przyciągać, ale nie jest prawdą, że nagle otaczają nas sami złośliwi ludzie.

W cieniu możemy też umieścić cechy, które są społecznie uznawane za pozytywne i pożądane – mogą stanowić naszą siłę, ale zostały nam odebrane ponieważ rodzice również mieli je w swoim cieniu i wyprojektowali to na nas. Taką cechą może być na przykład pewność siebie, wiara we własne możliwości. Pozostajemy wtedy w niemocy a pewność siebie osób z otoczenia odbieramy jako przesadną i niepożądaną – wręcz odczytujemy ją jako zarozumiałość. Zakopać w cień można praktycznie wszystko zależnie od napotkanych okoliczności, które nas ukształtowały.

Dlaczego praca z cieniem jest tak ważna i przynosi efekty. Bardzo ładnie oddają to słowa Anity Moorjani, która w trakcie śmierci klinicznej zrozumiała, że znacznie ważniejsze od bycia dobrym, jest bycie sobą. Zaakceptowanie całości naszej osobowości zwraca nam naszą wolną wolę. Pozwala funkcjonować świadomie i korzystać adekwatnie ze wszystkich cech naszej osobowości. Nie tracimy już energii na samobiczowanie, kiedy po raz kolejny nasz cień przejmuje nad nami kontrolę, otaczający nas świat i ludzi zaczynamy widzieć bardziej prawdziwie, ponieważ poziom naszej samoakceptacji  znacznie się podnosi dużo łatwiej jest nam zrozumieć i zaakceptować innych. Zaczynamy żyć pełnią naszej osobowości.

To teraz pytanie co znaczy pracować ze swoim cieniem? Opisze to w skrócie, bo wpis byłby zbyt długi gdybym chciała opisać cały proces szczegółowo. W sieci jest dużo dobrych materiałów, jeśli ktoś będzie chciał ten temat pogłębić może z nich skorzystać, podkreślę tu najważniejsze elementy. Pierwszym i podstawowym krokiem jest rozpoznanie co w naszym cieniu się znajduje. Jest to długa praca, bo wyciągamy z cienia kolejne cechy, które dają otwarcie do zobaczenia co jest pod spodem – nie jest to jednorazowy proces. Nie jesteśmy w stanie zintegrować cechy, o której nawet nie wiemy. Tu bardzo pomocni są inni ludzie – kiedy coś nas w nich drażni jest to moment by zadać sobie pytanie – co mam w sobie, co w nich widzę. Warto odwrócić pytanie, które sobie zadajemy. Jeśli w naszej głowie kłębi się pytanie – dlaczego wszyscy są dla mnie tacy złośliwi, można spytać – dlaczego ja jestem tak złośliwy dla innych? Po postawieniu takiego pytania nagle możemy zauważyć, że faktycznie nam to się zdarza i tu jest kolejny krok – nie zwalczać tego, a właśnie zaakceptować, że faktycznie tą cechę mamy. Tylko z tym co zaakceptujemy bez oceniania i potępiania siebie możemy coś dalej zrobić, poza tym jaki jest sens w odrzucaniu czegoś co i tak już jest – poprzez potępienie zepchniemy tę cechę ponownie w cień i nadal będzie kontrolować nasze życie. Taką odkrytą i dopuszczona do świadomości cechę możemy badać dalej – bo nie zawsze jest to sedno problemu. Dopóki nie dotrzemy do najgłębszej warstwy nie możemy za wiele zmienić – to co możemy zrobić, to widząc, że tą cechę mamy, powstrzymać się od reagowania zgodnie z impulsem, co na początku nie zawsze się uda. Ale dopiero kiedy zanurkujemy dalej w tą złośliwość i zadamy sobie pytanie – dlaczego – może odkryjemy, że w taki sposób bronimy się przez zranieniem i nasza złośliwość wynika z lęku – uznanie tego lęku jest kolejnym krokiem. Czasem okazuje się, że cecha którą odkryliśmy tak naprawdę jest odwrotnością tego co jest pod spodem. Zadajemy sobie pytanie – dlaczego czuję się lepszy od innych i nagle niespodziewanie w umyśle pojawia się pytanie – a dlaczego czujesz się gorszy? Poczuciem bycia ponad możemy sobie kompensować znacznie bardziej bolesne poczucie bycia gorszym. Gdzie tak naprawdę jedno i drugie jest wmówionym programem. Możemy mieć swój bardzo uduchowiony obraz – co też narzuca pewne programy. Czujemy się np. zobligowani do tego by wybaczyć wszystkim, którzy nas skrzywdzili. I próbując to zrobić utykamy w miejscu, aż nagle słyszymy krzyk swojego wewnętrznego dziecka – ale ja nie chcę jemu/jej wybaczyć! Jeśli nie damy sobie prawa do tego sprzeciwu, nie uznamy tego, że taka jest prawda o nas, nie dajemy sobie szansy dotarcia do głębszych warstw tego aspektu i prawdziwe wybaczenie wtedy w ogóle nie będzie możliwe. Dopiero po dokopaniu się do sedna każdego aspektu cienia jest możliwe jego uzdrowienie – poprzez pełną akceptację, ale również zobaczenie, że zaprogramowana prawda o sobie jaką nosimy obiektywnie prawdą nie jest, tylko projekcją problemów osób, które nam ją wprogramowały. I tak traumy toczą się z pokolenia na pokolenie. Końcowym etapem jest zawsze pełna akceptacja i ukochanie odkrytych w cieniu aspektów - pełne zrozumienie skąd się wzięły i zaakceptowanie, że przy naszej historii po prostu nie mogło być inaczej i nie ma tu niczyjej winy. 

Jeśli temat was zainteresował, zapraszam was również na rozmowę z moim udziałem w audycji na YouTube: audycja  

Iza Kalinowska

wtorek, 18 lipca 2023

Wybieram miłość

 


Nie jestem osobą religijną, wybrałam swoją drogę inną niż religia, ale w dzisiejszym wpisie chcę wyjść od czytania z Pierwszego Listu świętego Pawła Apostoła do Koryntian (1 KOR 12, 31-13.8A). Jest to tekst dla mnie szczególny, bo kryje się za nim pewna historia. 30 lat temu mój przyjaciel powiedział mi o tym tekście i szczerze mówiąc dla niego było to wtedy ważne, a ja nie wiedziałam co on w tym tak szczególnego widzi. Nie wiedziałam jakie można nadać mu znaczenie, był po prostu kolejnym kazaniem z Biblii, która wtedy nie była moją księgą. Nie chcę nikogo urazić, w samym Chrześcijaństwie jest wiele prawdy, ale niestety często próbują ją przekazywać ludzie, którzy tą prawdą nie brzmią, co te głębokie treści zniekształca. Ten tekst wrócił do mnie w trakcie medytacji po 30 latach z dużą siłą i wiem, że wtedy został mi wskazany na moją późniejszą ścieżkę. Teraz jest on dla mnie definicją tego, co każdy ma w sobie jako swoją prawdziwą naturę i co warto w sobie odkrywać, ale też drogowskazem co jest w życiu najważniejsze.

Spojrzę najpierw na początek tekstu:

Gdybym mówił językami ludzi i aniołów,

a miłości bym nie miał,

stałbym się jak miedź brzęcząca

albo cymbał brzmiący.

Gdybym też miał dar prorokowania

i znał wszystkie tajemnice,

i posiadał wszelką wiedzę, .

i wszelką możliwą wiarę, tak iżbym góry przenosił,

a miłości bym nie miał,

byłbym niczym.

I gdybym rozdał na jałmużnę całą majętność moją,

a ciało wystawił na spalenie,

lecz miłości bym nie miał,

nic bym nie zyskał.

 

Pierwsza część moim zdaniem jasno wyznacza priorytety. To jest zgodne z moim wnętrzem – wiele osób zachłystuje się nowo odkrytymi umiejętnościami – poznają, że potrafią rozszerzyć swoją percepcję, odkrywają dar jasnowidzenia, dostają różne przekazy i mylą to z tą potrzebną tak naprawdę ścieżką rozwoju. Często zachłystują się nowymi umiejętnościami, a to są tylko rozszerzone zmysły, i nie zawsze prowadzą we właściwym kierunku. Ważniejsze według mnie jest odnalezienie tej cząstki w sobie, która jest miłością, duszą, naszą prawdziwą naturą. Tak jak przedstawia to  zacytowany tekst, wszelkie dary, umiejętności moce nie powinny być celem samym w sobie. Wolę czuć tą iskrę miłości w sobie, niż mieć „supermoce”, w których często nie ma nic złego, ale na których wiele osób zatrzymuje się, myśląc że są u celu i myśląc, że to nadaje im właściwy kierunek. W buddyzmie na drodze do oświecenia też jest mowa, że to wszystko to jest „maja” – iluzja tego świata – i to nadal są przeszkody w dotarciu do prawdziwego ja. Odwracają uwagę i nie są celem samym w sobie a wręcz go przesłaniają. Sednem tego prawdziwego ja jest właśnie bezwarunkowa miłość – to ona uwalnia od cierpienia tego świata. To niestawianie oporu i pełna akceptacja tego co jest. Często stoi to w sprzeczności z ego, bo jak mogę zaakceptować taką niesprawiedliwość, nikczemność czy inne niepożądane zjawisko? Ego nie widzi, że to co już jest – jest i nasza złość, gniew, niezgoda tego nie zmieni, a jedynie zmieni nasz stan wewnętrzny. Ego nie rozumie też że akceptacja sytuacji nie oznacza zgody moralnej na wydarzenia, oznacza jedynie nieburzenie spokoju w sobie co umożliwia bardziej adekwatne przeciwstawienie się sytuacji, niż we wzburzeniu. Ta akceptacja i miłość to prawdziwa natura duszy, dlatego warto ją świadomie wybierać. Te „supermoce” też nie zawsze pochodzą z dobrej strony – żyjemy w świecie pełnym istnień i bytów, których nie widzimy, a mimo wszystko mają na nas wpływ. Istoty te często karmią się naszym gniewem, strachem, złością ale też pychą, zazdrością. Dlatego jeśli nie mamy w sobie przymiotów miłości, często dajemy do siebie dostęp, zupełnie nieświadomie – ale nie weryfikujemy tego, bo przecież mamy moc. Oczywiście nie zawsze jest to dar „podrzucony” przez te byty, często odkrywamy po prostu własne możliwości, po które nie sięgaliśmy, ale też ważne jest, by się na tym nie zatrzymywać i nie wzmacniać przez to swego ego.

Czytajmy dalej:

 

Miłość cierpliwa jest,

łaskawa jest.

Miłość nie zazdrości,

nie szuka poklasku,

nie unosi się pychą;

nie dopuszcza się bezwstydu,

nie szuka swego,

nie unosi się gniewem,

nie pamięta złego;

nie cieszy się z niesprawiedliwości,

lecz współweseli się z prawdą.

Wszystko znosi,

wszystkiemu wierzy,

we wszystkim pokłada nadzieję,

wszystko przetrzyma.

Miłość nigdy nie ustaje.

 

Druga część listu opisuje przymioty i cechy duszy – to drogowskaz, pokazujący czy jestem na właściwej drodze w każdej chwili. To oczywiste, że jesteśmy istotami ludzkimi i przez to często zbaczamy z drogi, ale popadając w złość, zawiść, zazdrość warto wrócić do tych wytycznych i zadać sobie pytanie – czy w danym momencie wybieramy miłość, czy reaktywne zachowania ludzkiego zwierzęcia. I nie chodzi o narzucenie sobie czegoś z zewnątrz – chodzi o odnalezienie tych przeciwności złych emocji głęboko w swoim wnętrzu – bo one tam są i cierpliwie czekają na powrót do nich. „Wybieram miłość” to afirmacja która towarzyszy mi od pewnego czasu, pozwala na wrócenie na właściwą drogę w momentach, gdy reaktywne zachowania ludzkiego zwierzęcia biorą górę i przejmują nasz tandem (ludzkie zwierze – ego  oraz  dusza – potężna świetlista istota którą jesteśmy). Wtedy ta burza emocji, strachu, gniewu traci nad nami kontrolę, staje się zauważona i zbliżamy się do naszej prawdziwej wiecznej natury – jaką jest miłość. Oczywiście ego potrafi się bronić bo wydaje mu się, że musi się tych złych emocji trzymać, dlatego nie należy przez zaciśnięte zęby jednak szeptać „wybieram miłość” – to tylko wzmocni ego, które znajdzie milion powodów by wykazać jaka to bzdura. Ale jeśli jest już w nas gotowość, tęsknota, udało nam się tę miłość w sobie odkryć – nawet na krótkie chwile – może to spowodować zatrzymanie i refleksję, czy chcę iść w tym kierunku.

Nie chcę moralizować, w końcu każdy ma swoją drogę, ale ta prosta afirmacja jest dla mnie ostatnio bardzo pomocna, dlatego chciałam się tym podzielić, może jeszcze ktoś skorzysta.    


Iza Kalinowska


niedziela, 5 lutego 2023

Wysokie wibracje - niskie wibracje

 


Chciałabym w tym wpisie trochę uporządkować, jak to wygląda - oczywiście z mojego punktu widzenia. Przede wszystkim czy termin wibracje jest odpowiedni? Z jednej strony tak, z innej nie koniecznie. Jednak chyba nie ma to znaczenia, czy tak naprawdę energia wibruje czy jest to inne zjawisko, tak długo jak jest to termin zrozumiały dla większości. Bazuje on na fizycznym zachowaniu fali, czyli analogii zrozumiałej dla umysłu – im wyższe wibracje fali tym krótszy okres, czyli robi się gęściej, im wibracje wolniejsze tym rzadziej… Mam wrażenie, że tu to często stosowane porównanie jest raczej odwrotnością fizyczności – ale znowu jest to kwestia interpretacji. Ustalmy zatem jakimi pojęciami się posługujemy i o czym naprawdę mówimy. Każdy zna stany i emocje „unoszące”, zna też stany i emocje które „ciążą” w dół. Zwyczajowo te pierwsze, takie jak radość, poczucie szczęścia, miłość są kojarzone z wibracjami wysokimi, drugie natomiast z wibracjami niskimi. Są to strach, smutek, żal, przygnębienie i wiele innych. Człowiek nie chce przeżywać emocji z tej drugiej grupy – nie są one przyjemne, a przez to pożądane. Nie mówimy oczywiście o przewrotności ciała bolesnego, które odczuwa pewnego rodzaju masochistyczną przyjemność w nurzaniu się raz po raz w bolesnych wspomnieniach, co przynosi mu paradoksalnie satysfakcję. I tu przy próbie ucieczki od tych niechcianych emocji możemy popaść w pułapkę – możemy zepchnąć je w podświadomość, udając, że są nieważne lub nie istnieją, bo przecież wybieramy wysokie wibracje. Niby wszystko się zgadza skoro te wysokie wibracje są tak pożądane i prowadzą na wyżyny rozwoju duchowego – ale czy na pewno? Tak długo jak zamiast rozwiązać problemy spychamy je do swojej podświadomości, tak długo dajemy im nad sobą władzę. To jak próba zatrzymania na chwilę oddechu – kiedy dojdziemy już do momentu granicznego zachłannie próbujemy pochłaniać powietrze, niezależnie od wszystkiego – głównym priorytetem jest wybrzmienie potrzeby oddychania. Podobnie emocje zepchnięte pod powierzchnię, w najmniej spodziewanym momencie wypłyną jak napompowany balon. Nie jesteśmy w stanie zaprzeczyć temu, co nosimy w sobie, a jeśli nawet nam to się na jakiś czas uda, odbije się na naszym zdrowiu lub innym obszarze. Dlatego tak ważne jest spojrzeć uczciwie na swoje wnętrze i rozpoznać, jakie nieuświadomione siły nami kierują. W samych emocjach nie ma nic złego – są nieodłączną częścią tego istnienia, ważniejsze jest co z nimi zrobimy. W moim rozumieniu wysokie wibracje wiążą się z wysoką świadomością, a niskie z jej brakiem. Im bardziej jesteśmy świadomi, tym mamy większą umiejętność spojrzenia na swoje wnętrze z większym poczuciem akceptacji i zrozumienia, pozwalając wybrzmieć tym emocjom w sposób mądry. Mądry – czyli bez obwiniania innych czy przelewania na nich swojego napięcia. Mądry czyli z wyrozumiałością i miłością do siebie samych, bez obwiniania siebie lub innych za nasz stan. To tak jakby przynieść wysokie wibracje, na te „nisko wibracyjne” stany – można mieć w sobie tak naprawdę wysokie wibracje – wysoką świadomość – jednocześnie uznając i pozwalając wybrzmieć echem tym niskim emocjom. Niestety żyjemy w świecie dalekim od ideału, wśród nieświadomych ludzi więc naturalnym jest, że podczas życia nagromadziliśmy również taki bagaż – nie ujmuje to nam w żaden sposób naszej wartości. W takich warunkach funkcjonujemy.

Najmocniej się wiążemy z tym, czego się wyrzekamy. Anthony de Mello opowiedział o tym prezentując ciekawą analogię – odtworzę ją tak jak ją pamiętam, więc wybaczcie mi jeśli nie jest to dosłowny cytat.  „Ile razy przychodzi do mnie prostytutka, chce rozmawiać o Bogu, a ile razy przychodzi ksiądz, chce rozmawiać o seksie”.

Analogią obrazową takiej koniecznej równowagi jest drzewo. Wyobraźcie sobie rozłożyste gałęzie dosięgające wysoko wibracyjnych wyżyn, bez równie rozłożystego systemu korzeni. Czy takie drzewo jest stabilne? Gdyby chciało całą uwagę włożyć w gałęzie, a zaniedbać swoje korzenie, by nie brudzić się w ziemi, jak by skończyło?  

Oczywiście nie mówimy tu o emocjach indukowanych z zewnątrz – to trochę inna kategoria. Nasza podświadomość nie odróżnia tego co się wydarza naprawdę, od tego co jest tylko projekcją umysłu – z takim samym lękiem zareaguje na realne jak i istniejące tylko w naszej głowie niebezpieczeństwo – może jedynie z mniejszym nasileniem. Dlatego tak ważne jest nie zaśmiecanie umysłu narracją budującą jedynie strach i przygnębienie, płynącą np. z mediów masowych. Ale dobrą rzeczą jest to, że z zewnątrz można zaindukować również te „wysoko wibracyjne” emocje. Emocje wynikają z naszych myśli, a o czym myślimy to może być nasz wybór. Dlatego zamiast oglądać po raz kolejny te wszystkie nieszczęścia dziejące się na świecie, wybierzmy jakąś opowieść pełną mądrego śmiechu czy miłości.

Nie znaczy to, że nie powinniśmy wiedzieć co się dzieje na świecie, ale informacja to jedno, a to w jaki sposób jest podana to zupełnie inna historia. Czym innym jest gromadzenie zapasów ze strachu, a czym innym z mądrości. Na każdą wiadomość można zareagować na wiele sposobów – to my wybieramy, jeśli jesteśmy świadomi – jak zareagujemy. Patrząc na to od strony biologii – w mózgu utrwalają się ścieżki neuronowe które najczęściej powtarzamy – wypracujmy sobie zatem nowe ścieżki pozytywnych reakcji na rzeczywistość. A uwierzcie, naprawdę we wszystkim można odnaleźć dobre strony.

Podsumowując – dla mnie wysokie wibracje wynikają z wysokiej świadomości i są z nią nierozłączne. Tylko wysoka świadomość pozwala na spojrzenie na swoje traumy z wystarczającą miłością, aby stworzyć warunki, w których mogą się uleczyć.


Iza Kalinowska

wtorek, 19 października 2021

Zanim przyjdziemy na Ziemię

 

Zanim przyjdziemy na Ziemię - Iza Kalinowska - blog

Do tego wpisu zainspirowała mnie historia Christiana Sundberga. Jest to bardzo ciekawa postać, na którą natknęłam się niedawno, a jest on nam w stanie pokazać kwestię wcielenia z innej perspektywy, niż do tej pory to opisywałam. Zazwyczaj skupiam się na tym co jest po tym życiu i jaka jest nasza prawdziwa natura, natomiast Christian jest w stanie opowiedzieć nam jak to wygląda przed wcieleniem i jakie motywacje nami mogły kierować, kiedy tu przyszliśmy. W wielkim skrócie jego historia jest taka, że do szóstego roku życia pamiętał on swoją prawdziwą naturę, potem ta pamięć zanikła. W wieku około 30 lat zaczął praktykę medytacyjną i po kilku miesiącach praktyk pamięć ta wróciła w sposób spontaniczny. To co mnie zawsze uderza, to że niezależnie jaką ścieżką ludzie dochodzą do wiedzy o swojej prawdziwej naturze, to wiedza ta jest zawsze spójna i ukazuje taki sam obraz. Christian pamięta moment swojego porodu, był nawet w stanie odtworzyć układ pomieszczenia w którym to miało miejsce, ustawienie sprzętów, pozycje osób temu wydarzeniu towarzyszącym, a jego matka potwierdziła, że dokładnie tak była wyposażona sala porodowa. Ale przejdźmy do początku historii.

Pamięta on jeszcze okres sprzed ziemskich inkarnacji. Zgodnie z jego opowieścią spotkał istotę, która bardzo go zafascynowała niesamowitą mocą, pięknem i wolnością jaka promieniowała. Był tak głęboko zainspirowany tym, w jaki sposób udało jej się osiągnąć to czym obecnie jest, że też chciał tego dla siebie. Wiedział, że to jest to, czym chce się stać. Komunikacja w tamtej rzeczywistości jest telepatyczna, nie oparta na słowach – energie postaci mogą się łączyć i pokazać jedne drugiej co przeżyły, czym są, co czują. Dlatego ludzki język jest bardzo ułomny w jej opisie. Ponieważ naszą prawdziwą naturą jest miłość i radość, w takiej przestrzeni nie ma miejsca na strach. Dlatego wymiana jest bardzo szczera i otwarta, możemy z każdym podzielić się tym, kim jesteśmy, bo nie mamy nic do ukrycia – bezwarunkowa miłość nie ocenia i akceptuje wszystko. Napotkana istota przekazała mu, że wybrała ścieżkę inkarnowania na Ziemi i miała jedno szczególnie ciężkie wcielenie, pełne cierpienia i długoletniego fizycznego bólu, które udało mu się zintegrować w swojej istocie. Sposób w jaki przeżył to cierpienie miał niesamowity wpływ na jego wzrost i stanie się tym, kim był. Christian postanowił zaznać tego samego. Dostał przestrogę, że jest to trudniejsze, niż cokolwiek, co do tej pory poznał, ale to go nie zraziło. Idąc dalej w opowieści przeżył wiele wcieleń, które tu pominę, aż do jednego szczególnie trudnego, pełnego strachu, gdzie umarł w wielkich męczarniach. Ten strach powodował, że działał na szkodę wielu osób, w naszych kategoriach był bardzo złym człowiekiem. Ale należy pamiętać, że duszy nie można uszkodzić, to co dzieje się na planie fizycznym jest iluzją i szkoda wyrządzona tu, nie staje się szkodą dla duszy. Jego strach był też przyczyną śmierci w straszny sposób, jak już pisałam wcześniej manifestujemy rzeczywistość zgodnie z naszymi głębokimi przekonaniami. Po tym wcieleniu dość długo nie chciał tu wracać – odpoczywał w środowisku, gdzie był pełen wolności, radości i błogostanu. Jego przewodnicy co jakiś czas pytali, czy jest gotowy na kolejne wcielenie. Kiedy zdecydował się wrócić, przechodził jak przy każdym wcieleniu przez fazę wyboru rodziców. Ponieważ jako istoty światła mamy możliwości niewyobrażalne dla nas, proces wyboru można porównać z zobaczeniem w jednym momencie milionów możliwości i zawężanie ich do najbardziej odpowiednich dla jego przyjętych celów. W tym procesie był w stanie przeżyć równocześnie te wszystkie możliwości wybranego wcielenia, poczuć je i co mogą one ze sobą przynieść. Jednak nie oznacza to determinizmu – możliwości te to potencjały, które mają dużą szansę się wydarzyć, ale ponieważ mamy wolną wolę i manifestujemy rzeczywistość w trakcie jej przeżywania, nie możemy mieć pewności, że wszystkie potencjały się zrealizują. Widział to energetycznie przez analogie do pnia drzewa, gdzie każda gałąź prezentowała potencjał zaistnienia jakiejś sytuacji. Był w stanie wszystkie gałęzie możliwości poczuć i poznać. Niektóre grube gałęzie miały dużo większą szansę na realizację, niż inne. Wg Christiana zdarza się, że pewne wydarzenia zostaną zamanifestowane inaczej niż miało to miejsce w procesie planowania życia. W wyborze życia pomagają też bardziej doświadczone istoty - przewodnicy. Znając doświadczenia i przymioty duszy, pomagają wybrać najbardziej odpowiednie wcielenie, spełniające zadanie dostarczenia żądanego doświadczenia, ale nie przeciążającego duszy. Wg Toma Campbella mało doświadczone w inkarnacji dusze mogą nie mieć określonego doświadczenia do przeżycia, samo przyjście na ten świat jest wystarczające. I podobnie widzi to Christian. Oczywiście wcielenie zaproponowane przez przewodników jest ostatecznie akceptowane przez wcielającą się duszę, nic nie jest nam narzucane.  

Kiedy dokonał wyboru matki, podjął decyzję o inkarnacji. Było to dla niego bardzo ciężkie przeżycie – proces obniżania wibracji (używam tego terminu, bo jest dla wielu zrozumiały) i pojawienie się zasłony niepamięci, były bardzo trudnym przeżyciem. Utracił poczucie połączenia ze wszystkim co jest, poczucie jedności, które jest dla nas naturalne w tamtej rzeczywistości. Utracił swoją naturę radości i bezwarunkowej miłości. Dystans pomiędzy jego prawdziwą naturą a tym, czym musiał się stać by inkarnować był ogromny, przez poczucie oddzielenia pojawił się ogromny strach. Będąc już w łonie matki, kierowany tym właśnie strachem stwierdził: nie, wracam. Spowodowało to poronienie kobiety, płód nie mógł się narodzić. Kiedy to nastąpiło, nawet po tak krótkim wcieleniu przeszedł przez proces przeglądu życia. Zobaczył jak negatywnie wpłynął na życie matki i poczuł jaki żal wywołał u niej i w jaki sposób dotknęło to setki osób z jej otoczenia. Pomimo, że inkarnując miał dobre intencje, strach uniemożliwił mu ich zrealizowanie. Nie jesteśmy osądzani za nasze postepowanie, a jednocześnie ponosimy odpowiedzialność za swoje decyzje. Po tej nieudanej próbie przez pewien czas przebywał w przestrzeni, którą określił jako „treningowa”. Próbował obniżać wibracje i zapominać o prawdziwej naturze, jak to ma miejsce przy inkarnacji, po to by pokonać obezwładniający strach towarzyszący iluzji oddzielenia i zapomnienia o prawdziwej naturze. Po tym okresie wybrał kolejną matkę i kolejne wcielenie – tym razem dostał propozycję życia od przewodników, którzy wiedzieli jakie doświadczenie będzie dla niego odpowiednie i zaakceptował je. Zaakceptował też zasłonę niepamięci, będącą ograniczeniem świadomości jakie zgodziliśmy się zaadaptować, aby umożliwić nam fizyczne doświadczenia. W potencjale tego wcielenia było przeżycie traumatycznej sytuacji w wieku lat dwudziestu – jego celem nadal było zintegrowanie strachu. Zintegrowanie strachu rozumiem jako pokonanie go, życie „pomimo”, zaakceptowanie traumatycznego wydarzenia i możliwość dalszego życia wolnego od jego wpływu. Wiedział, że mierząc się ponownie ze strachem, uzyska ogromny wzrost tego kim jest, poczucia wolności i radości, przyniesie to korzyść nie tylko jemu ale i wszystkim istotom, gdyż jesteśmy jednością. Dla mnie dobrą analogią na bycie jednością jest świadomość pszczoły występująca równolegle z kolektywną świadomością całego roju, który potrafi zachowywać się jakby był jedną istotą. Inni często posługują się analogią oceanu i fal. Fale nie są oddzielne od oceanu a będąc tu wydaje im się, że każda jako istota ludzka istnieje niezależnie. Kiedy był już w łonie matki, znowu poczuł się jakby był odcięty od bycia sobą, od razu poczuł opór przed przyjęciem tej zasłony. Strach ponownie wziął górę i podjął decyzję: nie, wracam! W tym momencie uzyskał pomoc od Źródła, które na chwilę pokazało mu jego prawdziwą naturę, wszystko czym jest, odsłoniło na moment zasłonę zapomnienia i przypomniało, że zawsze tym będzie, nawet jak nie będzie tego chwilowo pamiętał. Było to bardzo kojące. Pamięta też, że to naszym wyborem jest ile będziemy pamiętać z naszej prawdziwej natury – jednak ta pamięć czyni to życie jeszcze trudniejszym. Dysonans pomiędzy naszą prawdziwą naturą a tym, czym stajemy się na chwilę jest ogromny i pamięć powoduje ogromną tęsknotę za „domem” powodując, że to i tak ciężkie doświadczenie, jest jeszcze trudniejsze.

Wspominając moment narodzenia pamięta, że przeżył szok – wszystkie bodźce ze środowiska, zimny dotyk osób które się nim zajmowały były przytłaczające. Ale jednocześnie była w nim wielka ciekawość. Nie rozumiał otoczenia, ale był jego ciekawy, zastanawiał się kim są te istoty, które się nim zajmują, czym jest jego nowe środowisko. Wyczuwał dobrą energię pielęgniarek, które się nim zajmowały. Jego ojciec opowiadał mu już w dorosłym życiu, że po narodzeniu bardzo przytomnie i z dociekliwością obserwował świat, co rzadko się zdarza u noworodków. Kiedy miał 3-4 lata pamięta, że spodziewał się, że reguły w naszym świecie są podobne do tych, które zna. Spodziewał się, że ludzie potrafią się wzajemnie wyczuwać i dzielić się sobą, własnymi emocjami. Spodziewał się, że osoby u władzy i nauczyciele, to osoby pełne mądrości i miłości. Zdziwił się, że te reguły tu nie obowiązują. Wiele lat zajęło mu nauczenie się, że na Ziemi tak to nie działa. Traumatyczne wydarzenie w wieku dwudziestu lat, które widział faktycznie miało miejsce, poświęcił wiele lat na terapie by poradzić sobie z traumą.

Oprócz poznania naszej prawdziwej natury istotnym przesłaniem od Christiana jest to, że nie jesteśmy w swoim ciele – jesteśmy świadomością, która doświadcza za pośrednictwem naszego ciała. Nasze ciało jest doświadczeniem naszej świadomości, a nie fizycznym obiektem w którym gdzieś jest umieszczona nasza dusza. I nie jest to indywidualna świadomość, jest to zbiorcze połączenie wszystkiego co jest, a my jesteśmy indywidualnymi myślami. Ale nie istniejemy w oddzieleniu, a jako kolektyw będący Źródłem wszystkiego co jest.

Być może powyższa historia oddaje dokładniej słowa Amy Call, innej osoby która zajrzała na drugą stronę, mówiącej, że trzeba dużej odwagi, by inkarnować tu na Ziemi. Do wyboru mamy też inne rzeczywistości, w każdej z nich panują inne prawa i inny stopień świadomości naszej natury jako istot światła.

Iza Kalinowska

piątek, 17 września 2021

Umysł jako przeszkoda...

 Umysł jako przeszkoda w świadomości - Iza Kalinowska - blog

Świadomości duszy nie da się ująć w słowa, bo jest ona poza koncepcjami i słowami. W pewnym momencie następuję moment Aha! I nagle widzimy swoją prawdziwą naturę – naturę obserwatora a elementem obserwacji jest nie tylko świat zewnętrzny, ale też nasz umysł – umysł ludzkiego zwierzęcia. Nie da się osiągnąć świadomości z poziomu ludzkiego zwierzęcia, podobnie jak awatar w grze nie ma dostępu do umysłu gracza. Ale można dość dużo powiedzieć o tym czym świadomość nie jest, a czym jest ludzki umysł – wiedza ta pozwala nam zrozumieć jak funkcjonujemy i co możemy obserwować, aby nagle osiągnąć ten moment olśnienia, że to nie ja a ja jestem tłem, dlatego co mój umysł wyprawia. Największe źródło cierpienia na świecie to identyfikacja z własnym umysłem. Czym się zatem nasz umysł charakteryzuje?

Pierwszą ważną rzeczą, którą warto sobie uświadomić, to że to nie my myślimy a że myślenie się w nas dzieje. Dzieje się mimowolnie, tak jak oddychanie. Wydaje ci się to niedorzeczne? To obserwuj swój umysł i spróbuj zatrzymać swoje myśli. To działa podobnie jak wstrzymanie oddechu – na chwile z dużym wysiłkiem jest to możliwe, ale po chwili źle się to kończy. W przypadku oddechu zaczynamy się dusić, w przypadku zatrzymania na siłę myśli buduje się w nas napięcie, które po chwili musi znaleźć ujście. Zawsze bawi mnie przykład podawany przez Eckharta Tollego, kiedy siadamy do medytacji nad pokojem na świecie i próbujemy powstrzymać się od myśli. Do pokoju wchodzi dziecko i czegoś od nas potrzebuje, a my obserwujemy jak na nie krzyczymy – „Nie przeszkadzaj mi, nie widzisz że medytuję nad pokojem na świecie ?!?!” Myślę, że przez działanie na siłę wbrew sobie pokój na świecie jednak się nie pomnoży… Innym argumentem, że myślenie się nam przydarza, jest obserwacja swojego umysłu – prowadzi on wieczny monolog, czasem nawet dialog, często powraca do wydarzeń z przeszłości lub martwi się o przyszłość. Jest to mimowolne, nie ma nic wspólnego z naszą wolą i bardzo często nas porywa całkowicie bez naszej świadomości.  Co możemy w takim przypadku zrobić? Obserwować co nasz umysł wyrabia i mu nie przeszkadzać. Tym obserwatorem jest świadomość duszy - gracz obserwuje interakcje ze sobą postaci w grze. Zwykła obserwacja, bez oceny, bez wpływania na tok myśli, bez włączania się w wewnętrzną narrację jako kolejny głos. Obserwacja i akceptacja tego co się w naszym umyśle dzieje pozwala nam się zdystansować do treści myśli, przestają nas one porywać, przestajemy się identyfikować z umysłem ludzkiego zwierzęcia. Taka uważność jest przydatna, pozwala siebie zrozumieć, ale również historie w naszej głowie powtarzane w świetle uważności tracą na sile, przestajemy w nie wierzyć.

Nasze emocje są pomocnym narzędziem – nawet kiedy nie do końca uświadamiamy sobie treść naszych myśli emocje są na nie reakcją. Jeśli czujemy w ciele fizycznie niepokój warto to zauważyć i zobaczyć jaka myśl do niego prowadzi. Nasza podświadomość nie rozróżnia wydarzeń, które dzieją się naprawdę od historii opowiadanych w naszej głowie. Kiedy przeżywamy ponownie i ponownie nieprzyjemną rozmowę sprzed kilku dni, czujemy takie same emocje, które czuliśmy wtedy. Podświadomość nie rozróżnia źródła wydarzeń, reaguje emocjonalnie na to co tworzymy w umyśle.

Innym istotnym elementem jest pęd naszego umysłu. Ciężkie rozpędzone ciało fizyczne nie zostanie zatrzymane w jednej sekundzie, pęd powoduje, że na wyhamowanie trzeba czasu. Podobnie jest z naszym umysłem. Nie wystarczy zauważyć, że powtarzamy sobie historie z dnia wczorajszego i powiedzieć stop. Umysł będzie do niej wracał kiedy tylko odwrócimy od tego uwagę. Znamy na pewno to uczucie kiedy wieczorem jesteśmy zmęczeni a umysł nam mówi: jeszcze jeden film na YouTube albo jeszcze tylko jeden post na FaceBooku. To też jest wyraz pędu umysłu.

Ważne jest też by uświadomić sobie, że to nie wydarzenia czynią nas nieszczęśliwymi, ale to jakie znaczenie nadajemy im w swoim umyśle. Spóźniając się na autobus denerwujemy się, że nie zdążymy. Kłócimy się z rzeczywistością, nie zdając sobie sprawy, że rzeczywistości to nie zmienia, a jedynie pogarsza nam nastrój, powoduje napięcie. A niezależnie od tego czy będziemy się denerwować, czy będziemy delektować się chwilami oczekiwania na kolejny autobus, dotrzemy do celu w tym samym czasie a w o ile lepszej formie. O ile obudzone stresem ciało bolesne nie spowoduje po drodze wypadku. Warto sobie uświadomić w takich chwilach, że za chwilę miną. Cokolwiek nas spotyka warto pomyśleć jak podpowiada Kurs cudów: to też przeminie. Niezależnie czy są to dobre czy złe chwile. 

Umysł zawsze pędzi do przodu – przegapia jedyny prawdziwy moment jaki jest – czyli teraz. Teraz jest zawsze pomijane i tylko patrzymy co będzie kolejne. Oglądając jeden film przeglądamy już menu co obejrzeć następne. Jadąc do domu w umyśle gotujemy już obiad. Będąc w pracy czekamy tylko na godzinę wyjścia. W tygodniu czekamy na weekend. Ciągle na coś czekamy a jedyna chwila jaka jest przecieka nam między palcami. Czekamy aż zacznie się nasze prawdziwe życie. Może jak zdamy dyplom? Może na emeryturze? Wiecznie czekamy aż zaczniemy żyć naprawdę. A kiedy przychodzi ta wymarzona chwila jesteśmy rozczarowani albo nie wiem co z nią zrobić. Zdany dyplom powoduje satysfakcje i poczucie spełnienia – na 2 tygodnie i znowu zaczynamy szukać co następne… Jesteśmy już na tej wyczekiwanej emeryturze i... co robić? 

Jakie jest remedium? Myślę, że jest kilka sposobów. Pierwszym podpowiadanym przez Eckharta jest skupienie na swoim ciele wewnętrznym. Próba poczucia energii w swoim ciele. Kiedy skupiasz się na dłoniach zaczynasz czuć jakby mrowienie. Można tą energię badać dalej na kolejnych elementach ciała. Umysł nie jest w stanie jednocześnie opowiadać historii w swojej głowie i skupiać się na odczuciach w ciele, wiec jest to sposób by go na chwilę wyhamować. Inną metodą jest skupienie się na oddechu – obserwowanie powietrza, które wchodzi i wychodzi z naszych płuc. Bez wpływania na rytm oddechu. Albo medytacja polegająca na obserwowaniu swoich myśli. Nie na wyciszaniu na siłę a na obserwacji co się w tym umyśle dzieje, bez identyfikacji z myślami – takie obserwowane myśli, ale nie karmione naszą energią tracą na sile.

Umysł w sposób naturalny będzie się bronił przed wyciszeniem – jak mawiał René Descartes „Myślę, wiec jestem”. To kwintesencja naszego umysłu, który boi się zniknąć w niebycie i broni swojego istnienia. Ale nie jest tak, że przestając myśleć, przestajemy być. Przykładem jest Jill Bolte Taylor, która przeżyła wylew odcinający funkcjonowanie jej lewej półkuli. Straciła zdolność posługiwania się językiem, straciła wszystkie wspomnienia, jej umysł stał się jak Tabula rasa. Ale nie straciła świadomości. Nadal miała świadomość siebie, co więcej nie wiedziała, gdzie się zaczyna a gdzie kończy. Mistyczna świadomość połączenia wszystkiego co istnieje stała się dla niej rzeczywistością. Stała się wszystkim wokół, stała się ogromna. Nie poznawała ludzi, ale czuła ich energię. Doskonale poznawała czy osoba z personelu medycznego jest troskliwa i widzi w niej człowieka, czy traktuje ją jak roślinę. Po długiej rehabilitacji i odzyskaniu sprawności pozostała jej zdolność wyboru w jakiej przestrzeni chce być, czy w przestrzeni umysłu, czy w przestrzeni duszy. Wiele innych osób, które pod wpływem wydarzeń, np. śmierci klinicznej poczuły świadomość Źródła, potrafi do niej wracać. Spontaniczne przebudzenie zdarza się rzadko. Inni dążą do niego latami, ale nigdy go nie osiągną, ale myślę że warto rozpoznać sztuczki własnego umysłu i zobaczyć, że jest cos więcej. 

Człowiek świadomy przestaje być używany przez swój umysł,  a umysł staje się tylko narzędziem – bardzo przydatnym, ale jednak to my decydujemy co jest jego treścią a nie on decyduje, co jest treścią naszego życia.

Iza Kalinowska

niedziela, 15 sierpnia 2021

Perspektywa duszy a perspektywa ludzka

Perspektywa duszy a perspektywa ludzka - Iza Kalinowska - blog

Aby uświadomić sobie jak różna i czasami wręcz nieludzka jest perspektywa duszy zacytuję fragment opowieści Natalie Sudman. Podczas prac w Iraku ich auto najechało na minę, której wybuch spowodował jej przeżycia z pogranicza śmierci. Jednym z etapów tego przeżycia było uzdrawianie jej fizycznego ciała, wraz z duchowymi przyjaciółmi, by mogła w nim dalej funkcjonować. Oto fragment jej opowieści: „Uzdrawiając ciało, próbowaliśmy różnych kombinacji i zakresów uzdrawiania, śmiejąc się z niektórych kombinacji, gdy wyobrażaliśmy sobie możliwe konsekwencje i wyzwania, które każda z nich niesie ze sobą w doświadczaniu przyszłości w tym ciele. Próbowaliśmy całkowicie oślepić moje fizyczne ciało i uważaliśmy, że jest to bardzo zabawne, wyobrażając sobie wyzwania, które prawdopodobnie napotkałabym w wyniku. Próbowaliśmy całkowicie wyleczyć moją głowę, rękę i stopę, zostawiając tylko mały odłamek w ramieniu i śmialiśmy się z tego, jak wiele osób przypisałoby tak niewielkie obrażenia szczęściu, ponieważ inni w aucie mają znacznie większe obrażenia. Próbowaliśmy pozostawić brakującą część mojej czaszki i przenieść odłamki do mózgu, aby spowodować uszkodzenie mózgu, a potem ze śmiechem patrzeć, jak trajektoria życia z tym wyzwaniem nabierała kształtu. Próbowaliśmy całkowicie usunąć moją prawą rękę i padaliśmy ze śmiechu, obserwując, jak lewą ręką próbuję nauczyć się pisać, jeść i w inny sposób prowadzić. Te wariacje na temat uzdrawiania wciąż mnie rozśmieszają, ale to nie znaczy, że uważam, że niektóre z tych sytuacji były w ogóle zabawne, jeśli chodzi o codzienne doświadczanie z fizycznej świadomości. Opisując tę ​​scenę, obawiam się, (…), niezamierzonego zminimalizowania prawdziwych emocji i trudności, które istnieją w wyniku incydentu, w którym byłam, a także innych, o których wiem, lub nieumyślne obrażenie innych, których trudności życiowe mogą być aktualne, intensywne i surowe. Emocje i fizyczne skrajności napotkane przez innych, którzy byli ze mną w ciężarówce, którzy byli w zespołach, które pomogły nam się wydostać i uratować, rodziny, których życie zostało nieodwołalnie zmienione przez tę i wiele innych podobnych sytuacji, są prawdziwe. A niektóre historie są bolesne, gdy ogląda się je z naszego fizycznego wszechświata… w końcu żyjemy obecnie z wnętrza tego fizycznego wszechświata.”

Po zapoznaniu się z tą opowieścią wiele osób może być zdumione, że nasza dusza, w naszym oczekiwaniu nasz największy sprzymierzeniec, może okazać się tak okrutna. Inny przykład pochodzi z książki Michaela Newtona Wędrówka dusz. Opisuje relacje z sesji hipnozy LBL (life between life) cofającej do okresu pomiędzy życiami. Z tej perspektywy pacjentka opowiadała o swoich przeżyciach w poprzednich wcieleniach i przyczynie dokonania swojego wyboru. Pamiętała ona swoje życie jako mężczyzna o imieniu Leth i kolejne jako Ashley. Oto jej opowieść:

„Prawie natychmiast badana znalazła się w swoim ostatnim wcieleniu, stając się sześcioletnią dziewczynką imieniem Ashley, żyjącą w Nowej Anglii w roku 1871. Mała Ashley podróżowała właśnie wypakowanym bagażami, zaprzężonym w konie powozem, kiedy nagle otworzyły się drzwi i wypadła prosto pod koła. Leżąc na bruku poczuła, jak tylne koło ciężkiego powozu miażdży jej nogi w tym samym miejscu, w którym teraz nękają ją bóle. Opisując wypadek pacjentka ponownie odczuła ostry ból powyżej kolan. Mimo wysiłków miejscowego lekarza i długotrwałego używania drewnianych kul, kości Ashley nie chciały się prawidłowo zrosnąć. Odtąd nigdy już nie mogła samodzielnie stać ani chodzić, a wadliwe krążenie powodowało puchnięcia nóg przez resztę jej niezbyt długiego życia. Ashley zmarła w roku 1912, przeżywszy życie jako pisarka i nauczycielka dzieci upośledzonych. Kiedy badana skończyła opowiadać o życiu Ashley, poprosiłem ją o powrót do świata duchowego.

Dr N. - Dlaczego przerwa między życiem w ciele silnego mężczyzny, a tym kalekiej kobiety trwała tysiąc lat?

P. - No cóż, lepiej zrozumiałam kim jestem we wcieleniach pomiędzy tymi dwoma życiami. Wolałam kalekie ciało, żeby uzyskać skupienie intelektualne.

Dr N. - Dlatego właśnie wybrałaś kalekie ciało?

P. - Tak, bo skoro nie mogłam chodzić, zaczęłam bardzo dużo czytać i uczyć się. Rozwijałam swój umysł... i słuchałam go. Nauczyłam się dobrze porozumiewać z ludźmi i zdobyłam umiejętności pisarskie, bo nic mnie nie rozpraszało. Ciągle leżałam w łóżku.

Dr N. - Czy jakaś charakterystyczna cecha twojej duszy ujawniła się zarówno w ciele wikinga Letha, jak i Ashley?

P. - Ta część mnie, która tęskni za gwałtownym wyrażaniem swoich uczuć, była w obu ciałach.

Dr N. - Chciałbym, żebyś teraz wróciła do chwili, kiedy wybierałaś ciało Ashley. Powiedz mi, co sprawiło, że wybrałaś to właśnie kalekie ciało.

P. - Wybrałam rodzinę zamieszkałą w zamożnej części Ameryki. Chciałam, żeby w tym miejscu było wiele bibliotek i żeby kochający rodzice starannie się mną opiekowali, abym mogła poświęcić się nauce. Ciągle korespondowałam z wieloma nieszczęśliwymi ludźmi i stałam się dobrą nauczycielką.

Dr N. - Co zrobiłaś jako Ashley dla tej kochającej, opiekującej się tobą rodziny?

P. - Zawsze działam na dwa sposoby - korzyści i zobowiązania. Wybrałam tę rodzinę, ponieważ ludzie ci potrzebowali takiego właśnie natężenia uczuć dla kogoś całkowicie od nich zależnego. Jako rodzina byliśmy sobie bardzo bliscy, bowiem moi rodzice czuli się bardzo samotni, zanim przyszłam na świat. Pojawiłam się późno, jako ich pierwsze dziecko, oni zaś pragnęli córki, która nie wyszłaby za mąż, bo nie chcieli być znowu samotni.

Dr N. - Czyli to był handel wymienny?

P. - Bez wątpienia.

Dr N. - Prześledźmy wobec tego tę decyzję aż do przestrzeni doboru życia, kiedy twoja dusza po raz pierwszy ujrzała życie Ashley. Czy zobaczyłaś też szczegóły tego strasznego wypadku pod kołami powozu?

P. - Oczywiście, ale to nie był wypadek - to się miało zdarzyć.

Dr N. - Kiedy już znalazłaś się na Ziemi, kto odpowiadał za to zdarzenie? Czy był to twój umysł jako duszy, czy biologiczny umysł Ashley?

P. - Działałyśmy razem. Ona miała bawić się klamką drzwi powozu... a ja z tego skorzystałam

Dr N. - Powiedz mi, co myślałaś znajdując się w przestrzeni doboru życia, kiedy zobaczyłaś scenę upadku i zranienia Ashley?

P. - Myślałam, jak można by dobrze wykorzystać to kalekie ciało. Miałam do wyboru jeszcze inne okaleczone ciała, ale wybrałam to, ponieważ chciałam mieć ograniczone możliwości poruszania się.

Dr N. - Chciałbym pozostać jeszcze przy kwestii przypadkowości. Czy mając inną duszę, nie twoją, Ashley również wypadłaby z powozu?

P. (broniąc się) - To było dobre dla nas obu...

Dr N. -To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

P. (długo milczy) -Istnieją moce przewyższające moją zdolność pojmowania jako duszy. Kiedy zobaczyłam Ashley po raz pierwszy... byłam w stanie oglądać ją beze mnie... zdrową... starszą., wiodłaby inne życie...

Dr N. - Wreszcie dochodzimy do czegoś. Twierdzisz, że gdyby Ashley rozpoczęła życie z jakąś inną duszą, mogłaby w ogóle nie wypaść z powozu?

P. - Tak... była taka możliwość... jedna z wielu... mogła też mniej ucierpieć w wypadku, poruszałaby się wówczas o kulach.

Dr N. - Czy widziałaś fizycznie zdrową Ashley żyjącą szczęśliwie bez twojej duszy?

P. - Widziałam... dorosłą kobietę... miała normalne nogi... była nieszczęśliwie związana z mężczyzną... sfrustrowana pułapką beznadziejnego życia... jej rodzice zamartwiali się... ale było jej łatwiej (głos staje się bardziej zdecydowany). Nie! Taki bieg wydarzeń nie byłby dobry dla żadnej z nas - ja byłam dla niej najlepszą duszą.

Dr N. - Czy to ty spowodowałaś wypadek, zdecydowawszy się zostać duszą Ashley?

P. - To my obie... byłyśmy w tym momencie jednością... ona była niegrzeczna, skakała po całym powozie, bawiła się klamką, chociaż matka kazała jej przestać. Potem... ja byłam gotowa i ona też...

Dr N. - Jak nieodwracalne było twoje przeznaczenie? Czy mogłaś się jeszcze wycofać z tego całego incydentu w powozie, skoro byłaś duszą Ashley?

P. (milczy) - Przyznam ci się, że miałam taką myśl, tuż zanim wypadłam. Mogłam się wycofać i wcale nie wypaść. Jakiś głos we mnie powiedział: „To wielka okazja, nie czekaj dłużej, wypadnij, przecież sama tego chciałaś - to najlepsze, co się może zdarzyć".

Dr N. - Czy ten właśnie moment był ważny?

P. - Nie chciałam, żeby Ashley była starsza.

Dr N. - A co z bólem i cierpieniem, jakie musiało znieść to dziecko?

P. - To było straszne. Katusze w pierwszych pięciu tygodniach były wręcz niewyobrażalne. Niemal postradałam życie, ale jednak jakoś zdołałam to wytrzymać, a teraz widzę, że pamięć o tym, jak Leth potrafił radzić sobie z bólem, bardzo mi w tym pomogła.

Dr N. - Czy twój wewnętrzny umysł żałował tego, co się stało, kiedy ból stawał się nie do zniesienia?

P. - Kiedy traciłam i odzyskiwałam przytomność w tym najgorszym okresie, mój umysł zaczynał stawać się silniejszy. Odzyskując panowanie nad swoim uszkodzonym ciałem, zaczęłam łatwiej znosić ból... leżąc w łóżku... kiedy doktorzy byli bezradni. Zdolność radzenia sobie z bólem, jaką w sobie rozwinęłam, przydała mi się potem, kiedy chciałam koncentrować się na swoich studiach. Mój doradca na swój subtelny sposób także mi pomagał.

Dr N. - Zyskałaś więc dużo w tym życiu, nie mogąc się samodzielnie poruszać?

P. - Tak, stałam się dobrym słuchaczem i dużo rozmyślałam. Korespondowałam z wieloma ludźmi i nauczyłam się pisać pod wpływem natchnienia. Zdobyłam umiejętność uczenia dzieci i czułam, że kieruje mną jakaś wewnętrzna siła.

A teraz postawmy sobie pytanie dlaczego dusza potrafi być tak okrutna, patrząc z ludzkiej perspektywy? Mając naturę Źródła jako istoty duchowe mamy też jego nieskończoną ciekawość. Głównym celem Źródła w naszym i zapewne innych światach jest doświadczać. Źródło chce posmakować wszelkich możliwych doświadczeń, które w świecie niematerialnym może poznać tylko konceptualnie. Czym innym jest oglądać filmy o rodeo i mieć o tym wiedzę, a czym innym jest doświadczyć jazdy na grzbiecie byka. W świecie duchowym wiele emocji czy zjawisk nie jesteśmy w stanie doświadczyć. Nie ma w nim dualizmu dobra i zła, nie ma w nim strachu, nie ma w nim oceny… Ktoś kiedyś określił to ciekawym sfomułowaniem - jeśli chcesz wziąć wakacje od wiecznego błogostanu, przychodzisz na ziemię. Dla Źródła każde doświadczenie jest cenne – zwłaszcza doświadczenie trudne, ale nie tylko, dosłownie spełnilibyśmy cel swojego istnienia jedynie doświadczając codziennego życia, nie musimy mieć żadnego innego celu – takie życie byłoby tak samo wartościowe jak każde inne. A jak spojrzeć na element, który odbieramy jako okrucieństwo z naszej perspektywy? Trzeba pamiętać, że życie ludzkie dla duszy trwa tyle, co mrugnięcie okiem. Istoty światła są wieczne, jedno ludzkie życie to dla nich króciutka chwila ich egzystencji. Czy nie szkoda byłoby Wam sekundy by przeżyć trudne życie, ale zebrać unikalne ciekawe doświadczenie? Jeśli trwałoby to tylko tyle co mrugnięcie okiem? Dla duszy takie doświadczenie jest warte przeżycia. 

Patrząc z takiej perspektywy, jeśli wszystko jest wyborem a nasze życie gromadzeniem doświadczenia, dlaczego wszechświat nie zdegraduje się całkowicie i nie podąży w kierunku całkowitego pogrążenia w nieświadomości? Myślę, że ludzkość dziś jest na takiej ścieżce, ale jest to chwilowe wahnięcie wahadła w tył przed nabraniem rozmachu w dobrym kierunku. A jaki kierunek jest dobry? Podobnie jak Eckhart Tolle jestem zdania, że idziemy w kierunku ucieleśnienia życia zgodnego z naszą duchową naturą, ale tu na planie ziemskim. Gdyby tak się stało, ludzie stali się bardziej świadomi tego kim naprawdę są i osiągnęli świadomość jedności wszystkiego co istnieje, mielibyśmy niemalże raj na ziemi. I taką nadchodzącą epokę ludzkości widziała również Nanci Danison w trakcie oglądania historii ludzkości podczas życia w zaświatach, według niej jesteśmy właśnie w okresie przejścia pomiędzy drugą a trzecią epoką ludzkości. Trzecia lepsza epoka, jest taka jak Nowa Ziemia opisywana przez Tollego. Niestety ma on przeczucie, dla mnie bardzo prawdziwe, że zanim osiągniemy wszyscy nowy poziom świadomości, jako ludzkość cofniemy się jak wahadło do okresu wielkiej nieświadomości, jaka miała miejsce przed okresem wojen światowych… Oby przejście do nowej, lepszej epoki ludzkości było dla nas jak najłagodniejsze, ale pamiętajmy – chcesz zmiany w świecie, bądź tą zmianą.

Iza Kalinowska